Andrzejki - noc w polu
W Andrzejki miałem bawić się doskonale, bo wraz z paczką znajomych wykupiliśmy sobie zabawę w takim znanym zajeździe, ok. 30 km od naszego miasta. Koniec listopada był śnieżny, a już w św. Andrzeja to taka kurzawa była, że drogowcy nie nadążyli odśnieżać. Wsiedliśmy do mojego samochodu i wyjechaliśmy, by spędzić, jak się nam wydawało, cudowną noc. Na Andrzejkach miało nie braknąć atrakcji, łącznie z konkursami i laniem woski, a do tego organizatorzy obiecywali bogaty wyszynk, więc wszystkim nam humory dopisywały i nie mogliśmy doczekać się, kiedy dotrzemy na miejsce. Wszystko przeze mnie, bo się uparłem, by jechać trochę krótszą drogą. W pewnym momencie, na tej bocznej, zaśnieżonej i już nieprzejezdnej drodze samochód wpadł w zaspę i buksował tylko. Nic nie jeździło. na jezdni nie było śladów, by przejeżdżał tędy jakikolwiek samochód, nawet i od kilku godzin. Nic tylko wyć. Rozdzieliliśmy się. Znajomi poszli po pomoc, a my z moją żoną zostaliśmy w samochodzie. I tak minęły nam nasze
Andrzejki. Co z naszymi znajomymi, to nie wiem, bo śmiertelnie obrażeni, a jak wjeżdżałem w tą boczną drogę, to mówili, że dobrze, bo będziemy szybciej.